Oczywiście nie można jej nie porównać do pierwszych części napisanych przez Stiega Larssona, które są lepsze, nie dużo, ale jednak. Najnowszą część Millennium David Lagercrantz pisze z dużą swobodą, bez presji, ciśnienia, zbliża się bardzo do poziomu poprzednika, czego niestety nie można powiedzieć o poprzednim tomie: Co nas nie zabije.
Autor w swojej powieści zwraca uwagę na wiele problemów społecznych takich jak islam, islamofobia, nacjonalizm, fake news. Są zaskakujące zwroty akcji i bardzo dużo różnych fabuł, które pewną nitką łączą się ze sobą oraz z bohaterami powieści, czego zdecydowanie zabrakło we wcześniejszej części. Oceniając, może za bardzo patrzę tu (uwaga, teraz zostaję wrogiem publicznym nr 1 w Szwecji :-)) przez pryzmat Jo Nesbo, norweskiego autora kryminałów z Harrym Hole’em w roli głównej, który jest dla mnie pewnym wzorcem, co do powieści kryminalistycznych.
Ale wróćmy do Davida i jego walki z Goliatem :-). Co mi nie pasuje, co mi nie przypadło do gustu? Co się nie podobało? Na pewno jestem coraz bardziej zaniepokojony tym, w jaki sposób została przedstawiona jedna z głównych bohaterek, pani Salander. Inteligentna bestia zamknięta na świat realny, a otwarta na świat cybernetyczny, w którym dla niej nie ma rzeczy niemożliwych. Mroczna, nieufna, przynajmniej tak została przedstawiona we wcześniejszych częściach (dla przykładu: Harry Hole się nie zmienia :-)). Teraz mam wrażenie, że jej charakterystyka uległa zmianie. Bohaterka udziela się bardziej społecznie, otwiera na ludzi, nie tylko w cyberprzestrzeni, co jest ok. Ale zaczyna być bardziej postacią z filmu akcji, jak Bond, agent 007, niż bohaterką skandynawskiego kryminału. Oby w kolejnej części nie strzelała laserem z oczu. :-)
Kończąc, myślę, że ostatnia cześć wypadła bardzo przyzwoicie na tle pierwszych części, a już na pewno, gdy ją porównuję z poprzednią. :-) David Lagercrantz kontra Goliat – po dwóch rundach ogłaszam remis - zobaczymy, co dalej…


